|
|
..
Cos słabo trzymaliście te kciuki, o które poprosiłam was dwa lata temu.
Albo nikt nie przypilnował mnie, gdy brałam życie w swoje ręce. I to nie tylko swoje życie.
Teraz już będzie lepiej. Bo gorzej być nie może.
karolas 2009-02-12 14:20:58
skomentuj (0)
a little bit of magic... n' dreams come true
czasem tak jest, ze wlasciwie nie jest. Ale jak juz jest, to jest magicznie. Tylko i wylacznie.
karolas 2008-11-04 22:26:37
skomentuj (0)
.
Zabierzcie mnie stad. Teraz. Blagam. Za 10 minut moze byc za pozno.
karolas 2007-05-31 00:12:15
skomentuj (0)
.
www.niczego-nie-zaluje.blog.pl
Dla mas i ogolu.
Nie mam stalego dostepu do internetu. Zainteresowani wiedza gdzie mnie szukac, z przyjaciolmi mam kontakt. Coz, zycie w moich rekach. Trzymajcie kciuki
karolas 2007-05-25 21:54:24
skomentuj (0)
Nie optymistycznie. Bez tytułu
Dzisiaj jest co najmniej piątek trzynastego i na każdym kroku przeciął mi drogę czarny kot. Mieszkam aktualnie w niezwykle elitarnej dzielnicy - na moście do naszych komunalnych apartamentów powinni prosić o paszport polsatu. Droga wycieczko, po prawej stronie slamsy, po lewej stronie slamsy. Przed nami pijalnia piwa lub inaczej sklep, pod nami leży pijaczek, a za nami punkt kopulacyjny. Na lewo dres, na prawo skate. Na godzinie trzeciej nasz punkt docelowy.
Podłoga się trzęsie, wszędzie kartony i jedna malutka łazienka na 4 osoby. Nie mogę znaleźć połowy moich rzeczy - płyty, albumy, ciuchy-, kolejna ćwierć nie wiadomo gdzie jest - "Mamo, ale gdzie jest moje siodło?!?!"-, a ostatnią część mam przy sobie - skarpetki, portfel, komórkę, mp3 ale bez ładowarki, aparat i gitarę. Przeprowadzka z 5 pokoi, kuchni z jadalnią i dwóch dużych łazienek do ekhm willi z dwoma pokojami - nie ukrywajmy, szczytem marzeń nie jest. Ale jest internet, chociaż działa tylko gg Pokemona, a sprawdzenie poczty trwa około 10 minut. Właściwie dobrze nazwać rzecz po imieniu - radiówka którą łapiemy zza ściany.
Trochę się u mnie zmienia, ale wciąż nie wiem gdzie będę za dwa miesiące - 1 lipiec to godzina zero, moment w którym przyjeżdżają panowie i wylewają fundamenty, chociaż wciąż nie wiemy gdzie. Jedyne, czego jestem pewna to to, że moje notki od września nie będą w wiedeńskim stylu. I ze średnią 5.2 pójdę do prywatnej szkoły, bo zrąbałam jakieś testy giertychowe. Przepłakana noc w misia, kolejna w ramię M.
Mam wam wiele do powiedzenia, ale od przyszłej notki będzie hasło na blogu. Blog ogólnodostępny będzie pod innym adresem. Tutaj będę pisać bez skrupułów, z masą emocji i uczuć, prawdy i szczerości. Bez względu na styl, z wyżalaniem się, z łzami, a może kiedyś uśmiechem.
Nie pamiętam jak to jest, gdy się człowiek śmieje. A przy uśmiechu bolą mnie mięsnie twarzy. Zupełnie, jak zwiotczały...
karolas 2007-05-09 18:24:46
skomentuj (2)
Przemyślenia: Trzynaście (radośnie). Don`t talk of things after they are done
Powróciłam. Chociaż nie mam czasu, chociaż mówiłam, że tak nie będzie, pomimo tego, że poddałam się sama sobie. Co u mnie? Nie wiem. Nastroje szatańsko-depresyjne z okolic jesieni, czarne kolory powróciły w łaski. Gitarę trochę odkurzyłam, siodło, gdyby nie pokrowiec, byłoby pokryte warstwą kurzu nie do odczyszczenia, Nikusia czasem wezmę do ręki w tygodniu, czasem nie. Weekendy zaplanowane do połowy czerwca. Przyjaciół wiele się zrobiło, szczególnie wtedy, gdy przychodzi do płacenia za usługę Nikusiową. Prawdziwy przyjaciel znalazł drugą połówkę i cieszą się sobą. Gdyby nie kartony, obrazy zdjęte ze ścian, klamoty powywalane z szaf imitujące teren zaminowany, nie wiedziałabym, że to już teraz. Że już za pare dni będę musiała opuścić moje biurko, mój dziecięco-jasnozielono-błekitny pokój, który tak skrupulatnie dopieszczałam. Nie mogę dopuścić do siebie myśli, że ktoś inny będzie dotykał mojej łazienki, że zapomnę jak wyglądały moje schody. I czuję na sobie oddech rodziny, że to moja wina, że to mój pomysł, że to przeze mnie. Chcę uciec od odpowiedzialności... Chcę leżeć na połoninie i patrzeć w obłoki... Chcę jeden dzień wolny od życia.
Yesterday dzwoni późno. Nie wiem po co, bo i tak nie spałam. W nocy chodziłam po te kropelki, co mama je nazywa Bierz Tylko W Ekstremalnie Nerwowych Sytuacjach, ale za wiele nie dały. Przeżyłam koljną noc, kolejny dzień walki z samą sobą. Podnoszę zmęczone ciało, które woła o pomstę do nieba. Wstaję prawą nogą. Tak na wszelki wypadek. Czuję, że to nie będzie dobry dzień. Chodzę zgięta w pół, bo kręgosłup stwierdził, że dziś nie pracuje, nie mogę znaleźć aparatu (?!?!?!) i mój własny, nowy składaczek na mp4 nie chce funkcjonować, bo "battery is low". Siedzę i w ramach relaksu jem jogurtowe płatki fitness, będąc pewna, że mam sporo czasu do wyjścia. Kiedy za 25 minut ma odjechać mój autbous, zdaję sobię sprawe, że muszę: wziąść prysznic, umyć głowę, umyć zęby, zastanowić się, co mam ubrać, spakować się co jest równoznaczne z odnalezieniem aparatu. Gdy kończę prysznic, słyszę sygnał telefonu domowego. Wyskakuję z wanny, owijam się ręcznikiem i lecę po słuchawkę. Ręcznik spada mi w połowie salonu, potykam się o kapcie i gdy odbieram, okazuje się, że to pomyłka. Dobrze, że jestem sama w domu, bo nikt nie zobaczy mnie gołą i ociekającą z piany i szamponu na środku ulubionego dywanu mojej mamy. Droga wanna - telefon wygląda jak po potopie. Wyschnie. Szybko wycieram resztki piany z ciała i się ubieram. Spodnie te co zawsze, chociaż tego samego modelu mam dwie pary, pasek kowbojski co by poczuć się trochę jak reiner, czarna, okudłaczona bluza i apaszka w czaszki pod szyją, bo gardełko coś pobolewa. Wyglądam conajmniej śmiesznie: biegam po schodach z elektryczną szczoteczką do zębów i niekontrolowanym wydobyciem pasty z mojej buzi, mokrą głową, ręcznikiem przełożonym przez plecy, na ramieniu mam zawieszony odnaleziony aparat, w ręce ze szczoteczką trzymam mazidła, a przez szyje mam przewieszoną torbę. Czeski film. Wybiegam na autobus i w połowie klatki schodowej uświadamiam sobie, że nie mam portfela. Wracam się, zabieram kawałek materiału w kolorze rasta i bięgnę po schodach. Wtenczas zdaję sobie sprawę, że i tak nie mam w nim pieniędzy. Trudno. Gdy wybiegam z klatki schodowej potykając się o rozwiązane trampki, zauważam mamę. I ona mnie. Lituje się nad rozpieszczonym bachorkiem i podwozi mnie na hipodrom.
W drodze "do" seria krępujących pytań: po co, dlaczemu, czemu dziś, dla kogo, co tam będzie, do kiedy tam będę, z kim się umówiłam i czy odpisali z wiedeńskiej szkoły. Na horyzoncie pojawiają się hekatry "nie zagospodarowanej ziemi" z klikoma końmi. Dojechałam.
Przekraczam moją bramę. Niby wszystko tak samo, a wiele się zmieniło. Znajomi nie rzucają się w objęcia, a jedynie witają tekstem "dawno cię tu nie było", nie wiesz czy możesz rozmawiać z osobą A, bo zobaczy cię osoba B, która jest pokłócona z jednostką A i również nie będzie z Tobą gadać. To już nie to miejsce, w którym kiedyś odpoczywałam, w którym pokazywałam życiu środkowy palec, brałam konia i jechałam, zawieszając spółkę BEZ ograniczonej odpowiedzialności, zwaną życiem. To nie jest ten tor, na którym ziściły się moje największe marzenia, to nie to miejsce, w którym pierwszy raz byłam w telewziji. To nie ci sami ludzie, z którymi się piło uciekając od problemów, nawet konie się zmieniły. Nie ma atmosfery relaksu, antystresu, nie pragniesz zapisywać tego kawałka świata w swojej pamięci. To już nie jest mój hipodrom.
Przyjaciel pomaga. Jak zawsze niezawodny. Zabiera za miasto, zapominam o egzaminach, o kartonach i taśmie klejącej, o liście próśb pod moim adresem, którą muszę jeszcze dziś zrobić. Zapominam przez chwilę o bieżących sprawach.
Po powrocie w domu bez zmian. A raczej w tych paru betonowych ścianach, które ostatnie osiem lat były miejscem moich radości i smutków, widziały jak dorastam, jak się zmieniam i to tutaj poznałam swoją przyszłość. Stoją nowe kartony, nie ma już połowy moich rzeczy. Nie wiedziałam, że drobiazgi, których wcześniej nie potrzebowałam, mają dla mnie dużą wartość. Pucharek za pierwszy pattern, medal za pierwszy w Polsce freestyle. Brak Dezyderaty motywującej do życia, zdjęta razem z tablicą korkową. Każda rzecz miała swoją historię, sprawiała, że dzięki niej się usmiechałam, że pamiętałam o dobrych, przeżytych chwilach. Jakiś ciasteczkowy potwór zjada mi życie. Na pewno ciasteczkowy, bo na parkiecie pełno płatków z lini fitness.
Wieczorem rozmowy z nową siostrą o przeszłości, teraźniejszości, przyszłości. Wywlekam każdy szczegół. Że czerwone skarpetki z zielonymi bryczesami w kratkę nie pasowały do pomarańczowych butów. Że właśnie siedzę i jem Delicje, podczas gdy cały dzień staram się spalić kalorie. Że nic w życiu nie osiągnełam, że zadecydowałam o bycie naszej rodziny. Że "3 Libras" mi nie wychodzi, a wujek Jarek umiera na raka. Że przyszłość daje wiarę, póki jest nie znana. Ja chyba poczułam się Bogiem i zaplanowałam moje życie, nie biorąc pod uwagę sytuacji nieprzewidzianych.
Nawet notki się zmieniły. Nie promienują tym czymś, czym dawniej.
Co bym robiła w dniu wolnym od życia? Siedziałabym na szczycie góry z której widziałabym moje beskidzie połoniny. Trzymałabym giatrę w ręku i umiałabym zagrać więcej niż 3 dźwięki. Obok by mnie stał mój koń, moje największe marzenie dziecięcych lat...
Daring ideas are like chessmen moved forward:
they may be beaten but they start a winning game
karolas 2007-04-22 16:03:04
skomentuj (4)
Przemyślenia: dwanaście. If you don`t aim at anything you achieve nothing
Jak wygląda koń? Nie pamiętam. Jakie to uczucie siedzieć w siodle? Zapomniałam... 38 dni bez koni. Pobijamy rekord życiowy.
Nienawidzę piątków. Chyba kiedyś o tym pisałam?
5.50. Yesterday zaczyna dzwonić. Nie wiem po co. Nie spałam całą noc. I właśnie z rana, tak od godziny 6, lubię zasypiać. Kiedy słońce wstaje, robi się ciepło, barwy wprowadzają w kolejną fazę utopii… Wtedy właśnie muszę wstać. Założyć twarz, wypić kawę, spuścić parę łez i jestem gotowa do kolejnego dnia walki z całym światem.
Bo chyba wszystko się zmówiło i działa przeciwko mnie. Ciepłej wody nie ma właśnie wtedy, kiedy chcę się umyć, bateria w aparacie pada kiedy wychodzę w jakiś pieprzony przyrodniczy plener, połączenie z USA przez Skype jest nierealne, bo właśnie od dzisiaj zaczęło przerywać.
Stoję na jednym przystanku, potem na drugim. Dostaję telefon od przyjaciela i trzy matematyki spędzam w MC Donaldzie. Rozpusta, ostatni dzień niekontrolowanej diety. Rozmowy o życiu i przyszłości, o tym co mam i osiągnęłam. Bilans wychodzi ujemny, nie znaczę nic. Nie mam prawa cieszyć się życiem, ostatnie szczęście roztopiło się z zeszłorocznym śniegiem. I nie mam siły tego przywrócić.
W królestwie patologii normalka. Jakieś dzikie orgie na korytarzu, kazanie na informatyce, że przecież od tych trzech matematyk zależało nasze życie, bo a nóż widelec rozwiązywaliśmy zadanie, które pojawi się na teście, a że CO PO NIEKTÓRYCH osób nie było, to zadania nie zrobią, stracą punkt, zabraknie im jego do dostania się do liceum i do końca życia będą zbierać śmieci wzdłuż drogi ekspresowej Warszawa-Kraków, wypominając sobie, że trzeba było pójść na tą matematykę. Potem polski, znów wydaje „nieartykułowane dźwięki zachowując się jak człowiek pierwotny”, tym razem nie dostaję uwagi. Za to dostaję moją pierwszą w życiu jedynkę ze sprawdzianu. Nie, nie jestem analfabetką, chociaż może ci się wydawać. Przy dziesiątym pytaniu o treści: „napisz recenzję ostatnio obejrzanego filmu”, liczonego za szesnaście punktów, wymiękłam. Nie oglądam filmów. Nie wiem jak włączyć telewizor. Kino jest dla mnie obcą kulturą. Takim sposobem oddaję po części wypełnioną pracę i dostaję 9/25 punktów, czyli wszystko co zrobiłam – całe dziewięć zadań – mam dobrze. Nie wiem czy to gniew, rozpacz, a może i trochę goryczy. Dołek się powiększa i znów widzę, że nic nie znaczę i jestem właściwie najgorsza. Mam ochotę wyjąc mój nielegalnie noszony do szkoły scyzoryk, zabić nim pewną osobę, a potem siebie. Nienawidzę piątków. I siebie.
I nienawidzę miasta. Idę uliczką szeroką na 8 metrów, bo obu stronach wysokie kamienice, dusząc się spalinami. Jeszcze jakiś żurek wypadnie pod nogi, zahaczą cię lusterkiem. Dochodzę do głównej ulicy, wydawałoby się, że odetchnę, ale gdzie tam. Niezliczona ilość samochodów, to niezliczona objętość spalin. Miasto po prostu śmierdzi. Potem idę przez przejście dla pieszych, same obce twarze mi się przypatrują. Nie czuję się dobrze. Chodnik znam, światło znam. Co z tego, jeśli zawsze jacyś nowi ludzie, z własnym życiem i przeszłością, może z dobrymi lub trochę bardziej złymi intencjami i pomysłami. A następnie przybita całą sytuacją stoisz na kilku centymetrach kwadratowych betonu, z lewej tramwaj, z prawej ulica. I modlisz się w duchu, żeby nie stracić równowagi, a muskanie z dwóch stron metalowymi częściami przyprawia całą scenkę o dreszczyk adrenalinki. Boję się miasta, boję się szarości betonu, monotonii dnia i wyścigu szczurów. Nie chcę już tu mieszkać, nie chcę już tu żyć.
A w domu powtórka z rozrywki, dzień świstaka. Zdjęcia, trochę zdjęć, dla urozmaicenia zdjęcia. Szczypta nauki, obowiązków, w biegu chwycę za gitarę. Wiesz, jakie to uczucie, kiedy bardzo pragniesz, a nie jest ci dane? Ja wiem. Gitara była odwiecznym marzeniem, nieosiągalnym. Teraz ją mam i tracę wiarę w to całe przedsięwzięcie. Może to przerost ambicji nad możliwościami, kolejna zachcianka rozpieszczonego bachorka. Boże, gdzie jesteś?
Na komórce znów wyświetla się stary numer przyjaciela. Wie, kiedy dzwonić. Jest takim człowiekiem, który skończył kilkuletnie studia i uważa, że zna się na ludzkiej psychice, umie wyciągnąć kogoś z nałogu i rozumie moje problemy. Psycholog to się nazywa. I choćbym kręciła o fioletowych kwiatkach w różowe kropki zapewniając, że u mnie rewelacja, wyczuje na odległość małe kłamstewko. Fascynuje mnie psychologia, ludzki umysł. Daje tak dużą władzę nad drugim człowiekiem…
Podobno XXI wiek, a dostanie w sklepie czarnych trampek i kangurka bez napisów lezy poza możliwościami rebboka, levisa i innych marek. Co to za rożnica, czy będę mieszkać w mieście czy na wsi, i tu i tu ich nie ma. A na dodatek miasto śmierdzi.
Gdzie ta piękna, uśmiechnięta wiosna? Gdzie te dni, w których nie wypada wracać do domu przed 18.00? Gdzie podziały się rozrywki i trochę wolnego czasu? Czy pamiętam, co to znaczy leniuchować, leżeć i nic nie robić? Gdzie znajdę rozwiązania na nurtujące pytania, a właściwie można je streścić w jednym, wtedy będzie brzmiało: Gdzie będę za pół roku?
Nienawidzę siebie, moich czynności i życia. I chyba tu tkwi podstawa problemu dołkowego, które są dwa razy w roku i trwają od stycznia do czerwca i od czerwca do grudnia.
I sometimes think that God in creating man, somewhat overestimated His ability.
karolas 2007-03-31 22:40:46
skomentuj (6)
pseudo-optymistyczne przemyślenia : jedenaście. The world is a stage, but the play is badly cast
Nie mam czasu. Na nic i na wszytsko. Gubię się w swoim paranoicznym świecie, rozrzucona myślami w 4 miesjach świata, o 1400 km odległych od siebie. Biegając w trójkącie bermudzkim - lotnisko, obwodnica, stacja benzynowa - powtarzam w duchu, że sport to zdrowie. I wtedy nie czuję spalin. Przejeżdzając na rowerze szesnasty kilometr, powtarzam sobie, że ból jest wytowerm mojej wyobraźni. I wtedy nic mnie nie boli. I wtedy nie myślę o niczym innym. Nie myślę o TYM. Ale kiedy zaczynam o TYM mysleć, zapominam o niewysłanych e-mailach, nieobrobionych zdjęciach i kolejnej pracy klasowej. Żyję z dnia na dzień, zamykając się coraz bardziej w sobie. Tym lepiej dla otoczenia. Wówczas powtarzam sobie, że człowiek żyje dla marzeń, a marzenia żyją dla człowieka. Wtedy przestaję się bać zmiany na lepsze, a wyrwana z błogiego transu wracam na Ziemię i patrzę z realnej perspektywy. Wiem, że się nie da. I jak będę to czytać za pół roku, pokażę to wszytskim i powiem: mówiłam, że nie dam rady.
Życie kręci się od 6 rano do 24 w nocy. I tak codziennie. Od soboty do soboty. Bo każda sobota jest inna. I zawsze na nią czekam. Na codzień w szarej monotonności dnia, płatki na śniadanie, orgie autobusowe, śmierdzące miasto, królestwo patologii. Sprawdzian, ocena, wymiana zdań, kolejna uwaga. Rzut z realnej perspektywy, łezka w oku, tapeta. Powrót do sztucznego Edenu, uprawianie sportu wśród spalin, obiad, nauka. Prace domowe, przygotowania do sprawdzianów, ściągi, prace pisemne. Spojrzenie na zegarek, szybki prysznic, łóżko. I kolejna nieprzespana noc od natłoku myśli.
I codziennie myślę, że jutro będzie lepiej. Że jutro będzie o jeden dzień bliżej do soboty, do TEGO dnia, do śmierci.
Wydoroślałam mentalnie. Dwa tygodnie mnie zmieniły. Otoczenie tego nie musi zauważać, ale ja zaczęłam postrzegać wszytsko inaczej. To chyba był błąd. Kolejny krok w przeciwną stronę mojej huśtawki.
To takie nudne. Takie monotonne. Żadnej rozrywki. A czynności, które kiedyś nie sprawiały mi przyjemności, wykonuję teraz z najwyższą uwagą. Wyjście do sklepu po bitą śmietaną na tuczące naleśniki mozna już traktować jako wykorczenie poza teren dnia codziennego. A w szkole wyścig szczurów.
I przy tym wszytskim nie ma czasu na pisanie bloga. Nie ma. Póki co zawieszam działalność na czas nieokreslony - może jutro napisze, że pan kierowca wyjątkowo na mnie nie poczekał, a może dopiero za pół roku, cytując retoryczne pytania z tej notki: Gdzie będę za pół roku? Tam gdzie pragnę, tam gdzie toleruję myśl egzystencji, tam gdzie nie chcę, a może zostanę tu, walcząc o najlepsze miejsce w wyścigu szczurów, wciąż nie umiejąc się odnaleźć wśród tłumu ludzi biegnącego na oślep...?
Water taken in moderation can`t hurt anybody. Ja już swoją wypiłam.
karolas 2007-03-15 20:51:38
skomentuj (4)
pseudo-optymistyczne przemyślenia : dziesięć. Just to feel it.
Otworzył się nowy rozdział w moim życiu. Wydawało się, że to tylko chwila radość, chwilowe oderwanie się od spraw przyziemnych, zapomnienie na dwa tygodnie o es-ka-em’ce do Sopotu, ekierce i kartce w kratkę, dvd z 300 projektami domów. Podpucha. Radości nie było, wiele uczuć i emocji, huśtawka na szczycie Mount Everest, potem saneczki i zjazd w dół. Jestem zawieszona gdzieś w hiperprzestrzeni pomiędzy rzeczywistością – próbą sabotażu na sprawdzianie z fizyki, sprintów w rozwiązanych glanach na autobus który i tak się spóźnił, uśmiechającego się breloczka słoneczka który miał mnie nastrajać optymistycznie – a przyszłością która przez najbliższe tygodnie leży w moich rękach. Skończyło się dzieciństwo, ba, nawet wiek dorastania. Muszę podejmować decyzje których boją się nawet dorośli, pić nielimitowane ilości sznapsów po kolacji, umieć wybrać wino, rozróżnić takt od nietaktu, prosić o kawę 8000 metrów nad gruntem mojej rzeczywistości, nie zdradzić po sobie ile mam lat, panu celnikowi kłamać prosto w oczy, dogadać się w dwóch językach, pilnować wszystkich wydatków i uważać nad wahaniem emocji. Czas skończyć z rzemykami na rękach, kołderką w misie, powieściami Rowling i czas się wziąć za siebie. Czarna garderoba, skórzany plecak i breloczek z owieczką przestają do mnie pasować. Dwa tygodnie wystarczyły, żebym zrozumiała, że nie mam już czego szukać w różowym dziale katalogu Avon dla nastolatek, turlaniu się po szkolnym korytarzu i w sytuacjach kryzysowych podpieraniu się liczbą dwóch cyferek stanowiących długość mojego życia na tym świecie. Funckonuje po 18-19 godzin dziennie, nie mam już siły na nic. Po przyjściu ze szkoły nie jestem w stanie niczego się nauczyć, czytam jeden tekst po pięć razy i nadal nic nie zapamiętuje. Trzy red bulle i dwie kawy przestały wystarczać. Teraz nie jestem zmęczona tylko psychicznie, również fizycznie i wciąż brakuje mi czasu. Głowa mi pęka od myślenia, a przede mną coraz to ważniejsze decyzje i wyzwania. Okazuje się, że człowiek to nie jest doskonała maszyna do funkcjonowania 24/7. Marzę o jednym dniu wolnym od życia. Na dodatek się zmieniłam. Zmieniłam wszystko, zmieniam wszystko, wszystko zostanie zmienione. Nowy rozdział. Dodane spulchniacze, nowa tapeta nie tylko na twarzy, kamufluję swoje uczucia. Tylko blog pozostanie taki jaki jest, kolejne miejsce mojego wyimaginowanego ja z moimi własnymi, wciąż tymi samymi emocjami i uczuciami.
10 luty
4.00. Yesterday oczywiście dzwoni. Sięgam po kubek, zachłysnęłam się wodą. Gorzka tabletka zaklinowała się pomiędzy moim marnym podniebieniem a chomątem założonym na krzywe zęby. Smak metronidazolu zostaje do końca dnia. Po chwili zdaję sobie sprawę, że to ten dzień. Nie inny, nie tamten, tylko TEN. Kobieca intuicja mówi mi, że coś się stanie, że życie trochę zmieni tor. Nigdy nie zawodzi.
Nie przywykłam do zakładania oczu w środku nocy, a przecież okularów nie wezmę. Nie chcę wyglądać jak dziecko z Kazachstanu. Nałożenie tapety też mi wychodzi na jedną stronę bardziej, nie codziennie mam okazję to praktykowania tego zabiegu o takiej porze. Oczywiście muszę otworzyć walizkę, zamkniętą wczorajszego wieczoru przez 3 osoby, bo muszę umyć zęby. Wystarczy, że krzywe, niech będą przynajmniej białe, a nie koloru zafarbowanych beżowych majtek. Biorę 27,5 kg pod pachę, a na ramie 7. Auto mobil nie zawodzi i punktualnie jestem na miejscu które śniło mi się już od czterech miesięcy – lotnisko. Jest inaczej niż to sobie wyobrażałam. Widzę wszystko wyraźnie, a nie przez mgłę. Odprawa biletowa szybko, z bagażem stoję w 35 metrowej kolejce. Prześwietlają każdy milimetr sześcienny Twojej walizki, zaglądają wszędzie gdy mają jakieś wątpliwości. Zaczepia mnie ten goryl siedzący przy swoim komputerku i się pyta, gdzie to leci taka słodka dziewka z pięknymi oczami. Pierwsza fala uderzeniowa, udało się, wciąż trzymam się na nogach, odruch bezwarunkowy, biorę zamach na twarz kretyna, w porę się wstrzymuję, język tylko się rozwiązuję i kulturalnie mu mówię, żeby się odwalił. Fajnie się zaczyna. Przechodzę przez bramkę która ma sprawdzić czy nie jestem terrorystą i nie zrobię drugiego ataku na jakiś polski odpowiednik WTC. Jestem. Zdejmuje wszystko co się da, automat piszczy nieprzeciętnie, zbiegowisko jak na niedzielnym, sopockim rynku. Może mam zastawki, a może połknęłam nóż. Nie. To awaria sprzętu. Przepraszają. Ubieram się i wsiadam do samolotu, po raz ostatni dotykając gdańskiej ziemi. Ktoś zajął moje miejsce, więc z kolei ja kogoś podsiadam. Stewardesy mówią mi na pani i traktują bardzo poważnie. Czy ze mną jest AŻ tak źle? Siedzę i kontempluję nad tym, przywołując wszystkie argumenty za i przeciw. Nie możemy odpalić silnika, opóźnienie 15 minut. Czas przesiadki w Warszawie skraca się do 35 minut. Wyłączają światło, potem włączają, jeszcze raz wyłączają. Taki bonus, samolotowa dyskoteka. W końcu ruszamy. Niedobrze. Siedem tysięcy metrów nad Ziemią, a ja mam myśli wciąż całkiem przyziemne. No i z tym Niebem to bzdura. Tu nic nie ma. Żadnego Boga nawet na horyzoncie. Największy życiowy wkręt.
W stolicy się udaje. Dobrze, że trenowałam biegi przełajowe. Wołają już ostatnich pasażerów, czekajcie, muszę napisać ostatnie sms-y. Nauczona doświadczeniem przechodząc przez bramkę zdejmuję właściwie wszystko. Wciąż poszukują ostatnich pasażerów do mojego zagranicznego lotu. Wywierają na mnie presję. W końcu czekają na mnie. Ba, właściwie to ich zakichany obowiązek!!
Siedzę w boeingu 737, znanym z filmów katastroficznych. Naprzemiennie robi mi się gorąco i zimno, zawroty głowy wpisane w skrajne efekty stanów emocjonalnych. Myślę tak dużo, że dym mi uszami wychodzi. Chinczyki przede mną w czerwonych czapkach z napisem Poland wyglądają bardzo bezstresowo. Zazdroszczę im. Są szczęśliwi. Ja też. Ja też muszę być. Podczas tych głębokich przemyśleń słońce świeci mi mocno w oczy. Ten orangutan po drugiej stronie mógłby zasłonić swoje okno. Macham do niego, boję się wstać, chodzenie mając świadomość metrów n.p.m. nie sprawia w tym momencie przyjemności. Śpi z słuchawkami na uszach, traci kontakt z rzeczywistością. Więc tak siedzę zasłaniając jedną ręką oczy, co by mi się nie nadpsuły z powodu zbyt dużej ilości światła. Zostaję oderwana od moich przyziemnych myśli nieprzyziemnym śniadaniem wielkości kartki A6. Wszystko tak sztuczne, że niedobrze się robi. Ogniście czerwona połowa paska z papryki, świeci się. Zmientolony kawałek sałaty został przygnieciony przez sztuczny plasterek szynki. Połowa jajka chyba jest zrobiona z proszku. Masło firmy „lot” rozkłada na łopatki. Dwie kromki chleba, złączone ze sobą, są wielkości połowy normalnej kromki. W podświadomości widzę jak przygotowują śniadanie. Wsypują różnokolorowe proszki do jakiejś maszyny, naciskają zielony guziczek prepare i z drugiej strony wychodzi kartonik ze śniadankiem dla klasy economy, z wesołym napisem „Lot – jesteś pod dobrymi skrzydłami” a z drugiej strony „Smacznego”.
Po lądowaniu, wtedy jeszcze, dziecko słońca nie mogło znaleźć bagażu. Lotnisko duże jak stąd do tamtąd i tak ze trzy razy. W końcu odbieram ostatnią walizkę z taśmy i idę szukać wyjścia. Chodzę za tłumem ludzi mając nadzieję, że oni też tam idą. Mylę się. Podłączam się pod inne stado, które tym razem doprowadza mnie do upragnionej tabliczki EXIT.
Teraz już wiem, czemu T. pytał, jak duży mam bagaż i mówił, że ma małe autko. Przed oczami ukazuje mi się dwudziesto trzy letnia cytrynka. Original. Handmade. Trzymam dwoma rękoma drzwi, a jedną nogą pomagam wepchnąć T. moją walizkę na tylne siedzenie. Rzeczywiście, patrząc z tej perspektywy to mam bardzo dużą walizkę. Wsiadamy do oldtimera i po paru próbach zaczynamy się przemieszczać. Jednym ramieniem przylegam do moich drzwi i szyby, twarzą siedzę w przedniej szybie, z lewej strony jestem zgniatana przez T. i muszę podkurczać nogi na prawą stronę gdy chce zmienić bieg. Podczas oszołamiającej prędkości 110 km na godzinę, czuję jak zaczynamy się wznosić. W końcu dojeżdżamy.
Na początku zobaczyłam moje zwierze po sześciu miesiącach, więc radość razem z łzami i moją tapetą poszła w rękaw T. Jak pozbierałam się już do kupy, zaczęłam się przedstawiać. I tworzyłam nowy język. Angielsko-niemiecki.
Wieczorem hoyryga z Grillkotlet mit schinken i aspiryną popitą orzechowym sznapsem. W hotelu znajduje jedyny, szatański kanał i jestem bardzo zafascynowana. Robię rachunek z dnia dzisiejszego. 53 godziny na nogach z czterogodzinną przerwą na sen. Idę spać. C.D.N
karolas 2007-03-08 11:22:54
skomentuj (3)
pseudo-optymistyczne przemyślenia : dziewięć. Silence is the true friend that never betrays
Leżę i czekam. 4.01 i Beatlesów nie słychać. Wzbieram się w sobie i następuje niewiarygodny czyn: wyjmuje rękę spod kołdry i poszukuję mojej rakotwórczej zabawki, której zakichanym obowiązkiem było mnie obudzić. Co z tego, że nie spałam. Czyżby taka inteligenta? Szukam. Nie ma. Cholera. Wstaję. Idę na dół, zrzucając po drodze dywaniki ze schodów i wdeptując w psa. Nie ma. Idę do góry. Potykam się o pozrzucane dywaniki na schodach, usiłując przy tym wywalić się na tyle cicho i bezpiecznie, żeby nie obudzić rodziny i znów jakiejś części ciała nie złamać. Niczym pies tropiący przekopuję otchłań mojego pokoju. Nie ma. Wracam się na dół. Właściwie po co? Idę do góry. Stoję w progu pokoju i moje zerdzewiałe turbinki odpowiadające za myślenie zaczynają pracować. Na pewno jest w torbie, która jest piętro niżej. Idę na dół. Ha, ale gdzie jest torba? Moment, ale która torba. Nikusiowa, szkolna, skórzana, końska, gitarowa, wyjściowa, ta duża czarna, a może ta mała szara. Telefon do przyjaciela by się przydał, albo pół na pół. Tak stoję usiłując zebrać jakieś informacje potrzebne w moim śledztwie i nagle mam: no tak. Jest w bratowym pokoju. Wracam na górę. Zimno. Otwieram drzwi, które musiały oczywiście zaskrzypieć, zaszurać i klucz musiał wypaść odbijając się od naszego parkietu i pozostawiając na nim ślady naszej nocnej sceny. Przedzieram się przez dżunglę i docieram do biurka które stoi całe dwa metry od drzwi. Jest. Nareszcie. Biorę moją zabaweczkę i wracam do łóżeczka. Brr, zimnego. Wówczas leżę i kontempluję: przecież moje lekarstwa się skończyły, więc Yesterday nie miał dzisiaj grać. No cóż, ruch to zdrowie, 14 schodków pokonywanych kilkakrotnie nocną porą zdecydowanie pobudza do życia, tak samo jak prysznic o drugiej w nocy.
6.30. Otwieram jedno oko i pomału świat nabiera kolorów. Otwieram drugie. Moment, jakich kolorów? Kurwa, przecież niezidentyfikowany biały obiekt leży na moich oknach dachowych, przez co w pokoju jest ciemno jak w dup… bardzo ciemno. Chwila konsternacji. No tak. Kalendarzowa zima. Wstaję i otwieram okno. Zły pomysł. Cała zawartość śnieżnej masy leżącej parę sekund wcześniej na oknie zmienia swoje miejsce położenia na podłogę w moim pokoju. Patrzę i właściwie, dużo tego nie jest. Jakieś 3, może 4 centymetry. Ooo, coraz mniej. O, już w ogóle nie ma. Shit. Rozpuściło się. Oczami wyobraźni już widzę jak parkiet, w mieszkaniu które od wczoraj nie jest nasze, podnosi się powodując wycofanie transakcji kupna-sprzedaży. Rzucam się w pogoń po ścierkę. Sytuacja opanowana. Oczy, ubranie. Ciepły golfik w którym wyglądam jak cnotka. Twarz. Sprint. Gleba. Ślisko. Ruszam wszystkimi kończynami, więc chyba nic sobie nie połamałam. Tylko twarz trochę mi zeszła, ale to się poprawi w autobusie. Dochodzę na przystanek, ale idę na przejście dla pieszych, chyba jakaś negatywna moc się we mnie kumuluję, wolę dziś nie ryzykować. Autobus oczywiście zapchany, wyprzedzam starszą panią i zajmuję moje miejsce. Ostatnie wolne w autobusie. Ale pani się mści. Stoi nade mną i rozprawia z druga babcią na temat niewychowanej polskiej młodzieży. Podkręcam ulubioną muzyczkę, zagłuszając odgłosy wydawane przez te wapniaki. Co jak co, ale w takim wieku to już do muzeum przyjmują. Po chwili robi mi się ciepło i tracę kontakt z rzeczywistością. Budzę się jak zawsze jeden przystanek dalej niż trzeba. Nie lubię środy.
Dochodzę do mojego królestwa patologii. Tego jeszcze nie było. Godzina mi się pomyliła i mam jeszcze trochę czasu. Nie mało myśląc opieram się – jak zawsze – o automat z niezdrową żywnością i ponownie zasypiam. Śnią mi się jakieś kursy, koleżanka z dziurą galopująca na koniu. Po konsultacjach stwierdza, że to można pod sen erotyczny podciągnąć. Nie wnikam. W takim razie chyba ze zmęczenia pomyliła mi się orientacja seksualna, chociaż o ile dobrze pamiętam jeszcze 36 godzin temu była w porządku. Chyba w końcu muszę zacząć sypiać.
Jesetm grzeczna. Bardzo. Nawet dostaję pozytywną ocenę na polskim. Za aktywność. Haha. Dobre sobie. Potem sprawdzian z geografii. Nie jest źle. Dobry wzrok, golfik cnotki z szerokimi rękawami, w których bez problemu mieszczą się moje pomoce naukowe. Potem nagły ból i zawroty głowy, koniecznie muszę iść do pielęgniarki która zwalnia mnie do domu. Uf, a było blisko. Wtajemniczeni wiedzą, Ci poza moim światem w których rządzi spryt, złośliwość i brak wiary w siebie, nie muszą wiedzieć.
W domu siedzę i walczę. Myję wszystkie skórzane popierdółki kwalifikujące się pod nazwę: świeżo śmierdzący sprzęt jeździecki. Potem wypijam cztery herbaty, chodzę co 10 minut do toalety i próbuję się uczyć. Znów mnie biorą te cholerne wirusiki, tym razem napadły na moje gardło i nos. O nie chłopcy, sorry, tym razem się nie dam. Do soboty coraz mniej czasu. A już się wycofać nie mogę.
No właśnie drodzy parafianie, to ostatnia notka przed wyjazdem. Wybywam. Parenaście, parędziesiąt a właściwie pareset kilometrów od miejsca mojego zamieszkania. Zaraz, od paru dni nie mamy już mieszkania. W każdym razie od miejsca, w którym jestem wciąż zameldowana. Fale emocji targają mną we wszystkich kierunkach. Nie wiem gdzie jadę, po co jadę i jak to będzie wyglądać. Co potem będzie, co będzie jeśli nie będzie, a co by było jeśli będzie. Zaczynam fiksować w swoim prywatnym światku do którego nikt nie ma dostępu, przez co kolejne wyrzuty sumienia się narastają i niedługo coś wybuchnie. Uczucie radości skutecznie tłamszone przez natłok spraw, które nie dają spokoju. Co będzie jeśli nie będzie, a jeśli będzie co to będzie – dowiecie się nieprędko. Na wiadomości tekstowe wysyłane z mojego kontaktu ze światem raczej nie ma co liczyć, 2 zł za parędziesiąt znaków biorąc pod uwagę liczbę dni i ilość osób, które nagle będą się interesowac moim żywotem – daje kwotę porównywalną do sumy jaką wydałam w ostatnim miesiącu na mój zakupoholizm. Podsumowując – ADIEU, odpoczniecie ode mnie, a może nawet zapomnicie, bo nie jestem godna zajmowania miejsca w waszych myslach.
karolas 2007-02-07 21:13:30
skomentuj (4)
OPTYMISTYCZNE przemyślenia: osiem. Evil is good perverted
Yesterday dzwoni o różnych godzinach. Od czwartu połykam tuziny medykamentów, które mają pozabijać te wredne wirusiki co we mnie siedzą, a konkretnie zadomowiły się w okolicach moich zatok. Nie wiem czyja to sprawka, ale zaczęłam sypiać. Prawie normalnie, a prawie w tym przypadku robi wielka różnicę. Co nie zmienia faktu, że oczy podkrążone. W ogóle spanie jest bardzo niebezpieczne. Poszłam spać z równymi zębami i się obudziłam ze szparą na fajkę. Ale to podobno jazzy jest. Fajnie, przynajmniej raz jestem na topie.
Pomału wszystko wróciło do porządku dziennego. Rodzicielka wróciła cała, zdrowa, a nawet w wersji rozrzeszonej, bo z prezentami dla kochanych bachorków. Sąsiedzi się nie cieszą. Wzmacniacz co prawda do elektryka nie jest mocny, ale wystarczający by wyprowadzić ich wieczorową porą z równowagi. Nawet w dzień. Wolność Tomku w swoim domku, też sobie kup. Z karaoke największą radoche ma mój główny obiekt do udoskonaliwiania sztuk walki, czytaj brat. Myślałam, ze to ja nie umiem śpiewać. Myliłam się. Można śpiewać jeszcze gorzej ode mnie, a to już jest coś.
Wydawałoby się, że najgorszy etap budowy już z nami, czyli kupienie po dwóch latach szukania w obrębie Mazur, Warmii, Mazowsza i Beskidów, małego kawałka Ziemii na którym piździ nieprzeciętnie i psy dupami szczekają. Bociany - oczywiście - nie dolatują. A nazwa miejscowości zdecydowania powala na kolana, jeśli nie na łopatki. Pytałam się w gminie. Można zmienić. Trzeba złożyć petycje z podpisami. Wracając do głównego zagadnienia tego akapitu. Otóż kupienie działki - jak się okazuje - to był pikuś. Jedna dziesięciotysięczna tego, co nas czeka. Porównując liczbę kłótni, wylanych łez, gróźb rozwodu i prób samobójstw - znika gdzieś przy liczbie oceanu chwiejnych emocji podczas wybierania projektu domu. Po jakiego grzyba tyle ich jest. I czemu za każdym razem, kiedy jakiś mi się spodoba, patrze w kosztorys i mam nadzieję, że pomylili liczbę zer. Niestety, efekt zawsze taki sam - dzwonię do firmy i odbiera pani z cukierkowatym głosem wyglądającym bezkompleksowo i bezproblemowo i wyjaśnia, że rzeczywiście cena proejktu nieaktualna, bo od nowego roku wszedł jeszcze większy vat. Chyba sobie ziemiankę wykopię.
Do godziny zero coraz mniej czasu. 13 830 tysięcy sekund. Juz 13 829. AAAaaaAAA. Ostatni raz uczucie kluchy w gardle połączone z nerwowością, zawrotami głowy występowało 1 października 2005. Wyjechanie na arene podczas finału Mistrzostw Polski, przed niemałą puliczność, kamery i fotografów uwieczniajaych moją życiową porażkę, bez wsparcia ze strony nikogo - zebranie - było , powiedzmy, dość stresującym przeżyciem. Ale porównanie sobie strzeliłam, a przecież miałam wywalić wspomnienia związane z końmi na czas nieokreślony. Teraz wizja Gdańsk-Warszawa-Wiedeń też nie wygląda kolorowo, szczgólnie gdy od urodzenia skutecznie zapierałam się, żeby nie wsiąść do samolotu. Niemcy, Holadnia, Francja czy Belgia - przecież to tylko 30 godzin w autokarze. Trzymam rozpiskę lotu w ręku i nie wiem czy znów jest trzęsienie Ziemii, czy to tylko ręka mi się trzęsię. Ale to conajmniej 8 w skali Richtera. Niedobrze. Toaleta najczęstszym miejscem, które odwiedzam. Jak sobie uświadomie, że ta dwugodzinna podróż to dopiero wstęp do całej dwutygodniowej imprezki to trochę słabo mi się robi. Aktualnie pocą mi się oczy i się śmieje. To chyba odruch nerwowy. AAAAAAAAAAAAAAAA. Chyba się boję.
W ramach odstresowania się od przygody życia, która ma mi dostarczyć odwrotnych emocji niż te, które aktualnie przeżywam, sięgam po kartę kredytową. Podobno piąte ogłowie to odruch nienormalny dla właścicielki jednego konia. Tak samo jak szósty pad czy piąta para ochraniaczy. Ale koń hamerykański, to sprzęt też musi być tej samej marki. Zaskórniaki odłożone na czarną godzinę zmieniły kraj zamieszkania. Może komuś bardziej się przydadzą. I tak nie obędzie się bez dofinansowania od rodzicieli. Odwyk poszedł się pieprzyć, zakupoholizm górą. Trzeba korzystać póki mogę.
Nikuś jest chory. Może robić za grzechotkę. Podjerzane, nie ma żadnych treumatycznych przeżyć, nie spadł i nie biłam go. Póki co chłopak jest dzielny i nie pokazuje tego. Podobno milczenie jest często najgłośniejszym wołaniem o pomoc. Może trochę nie ten kontekst, ale załóżmy, że ogłuchłam. Niech jeszcze przeżyje do końca lutego i dostanie przyzwoity urlop. Nigdy mnie jeszcze nie zawiódł, nawet przy temperaturze -35 stopni, upale 45 stopni czy przy niesprzyjającyh warunkach atmosferycznych, kiedy to śnieg z deszczem pada poziomo, więc może i tym razem spisze się na medal. Módlmy się więc drodzy parafianie...
I wychodzi na moje, że można czytać w nocy przy metalowych dźwiękach jakąś bezsensowną lekturę co się "Pan Tadeusz" nazywa, a następnie dostać na sprawdzianie z treści ocenę bardzo dobrą. Powinni wynieść na ołtarze tego, kto wymyślił muzykę. I odłamy metala.
karolas 2007-01-31 14:31:27
skomentuj (5)
pseudo-optymistyczne przemyślenia: siedem. When the gods wish to punish us they answer our prayers
Ciekawe zjawisko. Właśnie trzymam Yesterday'a w ręku.
Wiele się działo przez ostatnie dni. Ale można to wszystko streścić, ogarnąć i zagospodarować.
Przestałam robić wszystko, czyli nie robię nic. Aikido poszło w niepamięć, gitara jak leżała zakurzona tak leży, native spekaer wydaje się być przerażający i nie mogę do niego dojść. Nikon pracuje średnio raz w tygodniu, nauka poszła na sam koniec mojej hierarchi wartości, strona nie dokończona, wpół-żywa wprawdzie, ale to nie satysfakcjonuje. Nic nie robię, a mózg mi się gotuje jedynie od myślenia. Skutki tego widoczne nawet dla przechodniów i tego pana w autobusie, na którego się spojrzałam i zaczął mnie przepraszać. Frustracja, złość i gorycz przewijają się od czubka małego palca u prawej nogi, poprzez łękotkę, staw biodrowy, kręgi szyjne, potylicę, mózg z karteczką do wynajęcia, wracając do czubka palca u lewej nogi. Coś moja przykrywka się psuć zaczęła, reanimacja potrzebna. Kregosłupowi też się przyda.
Fajnie jest wziąść prysznic o 2 w nocy. Rozbudziłam się, żeby dalej wycinać pieprzone cztery dziurki w kartce A4 o wymiarach 0,5x2 cm w kształcie rombu. Nie ma to jak poświęcenie dla promowania własnej osoby. Ale zadufana w sobie jestem. Aż mi się pęcherz zrobił od tych małych chińskich nożyczek, co się tak dziwnie uśmiechają do mnie. O nie, zdecydowanie nie umiałabym zrobić sobie czegoś złego tym egipskim narzędziem z XV wieku p.n.e.
Od jutra wracam do normalnego trybu życia. Znaczy od dzisiaj. Idę spać po dobranocce, wyłączam nocnego Yesterday'a , przestaje czytać co poniektóre książki i powieści, zaczynam robić kreatywe rzeczy i przestaje się użalać. Kurde, ile ja mam lat, czy mogę wciąż zachowywać się jak dziecko. Koniec. Wracamy do stanu zawziętości z zeszłego roku.
Pobijam życiowe rekordy. Z piątku na sobotę moje tkanki odpoczywały razem z odparowywującym mózgiem 2 godziny, z soboty na niedziele nie udało mi się zaznac błogiej czynności mojego ośrodkowego układu nerwowego podczas zniesienia świadomości, a dzisiaj zostało mi niewiele czasu do godziny zero, która w tym przypadku odnosi się do 5.30, o której to muszę wstać. Prawie jak żyrafa, ona też nie widzi potrzeby snu dluższego niż dwie godziny. Lubię żyrafy. A 20-godzinnego snu nietoperzy zdecydowanie nie. Mam obniżoną sprawnośc psychofizyczną i dobrze mi z tym. Podobno brak snu przez dłuższy czas powoduje szereg negatywnych efektów psychicznych i fizjologicznych, z tego co pamiętam. Ha, bzdura. Żywy przykład przed wami. No dobra, śednio żywy. Taki po mału śnięty.
Przewalone ma ze mną moje ziemskie wydanie angel'a w treningu. Zdecydowanie. Podobno życie stawia nam
wymagania na miarę sił które posiadamy. Mozliwy w tym wypadku jest jeden bohaterski czyn - nie uciec. Ja dałam dyla. I byłam juz bliska, początek końca następował, Upadłam. Dostrzegłam dłonie, które pomogły mi wstać, a teraz barki, na których mogę się wesprzeć, żeby ponownie nie upaść. Czyż jest coś lepszego niż mieć kogoś, z kim można porozmawiać o wszystkich rzeczach jakby się rozmawiało ze sobą samym? Dobrą rzeczą jest mieć przyjaciół.
Czarny wyszczupla. Pamiętajcie.
karolas 2007-01-22 03:58:50
skomentuj (2)
pseudo-optymistyczne przemyślenia: sześć.
Czekam na Yesterday'a. Pan Tadzio i reszta Sopliców interesująca nie jest, bardziej przekonywująco brzmiało wykonanie notki o 2 w nocy.
Ciężko mi cokolwiek napisać, żeby brmiało optymistycznie. Moją wene zostawiłam w domu, pozatym chętnie dokupię w komplecie z talentami.
Nie. To zdecydowanie nie był dobry pomysł. Bo nawet jak powiem, że mam uśmiech na twarzy, to na odległość wyczujecie kłamstwo. Coś się wirtualna rzeczywistość psuć zaczęła.
Przeżyłam już prawie sześć dni z NIM. Pies żyje, nie wykonywał swoich potrzeb fizjologicznych na dywanie, parkiecie lub kafelkach, chomik chyba zimuje (?!), a ON zdecydowanie potrafi zadbać o siebie. A to koleżanka ugotuje obiad, a to babcia przyjedzie nastawić pralkę. A dzisiaj zje się w Ikeii, a naiwna siostrzyczka uratuje dom z Syfilisu. Grunt to umieć się w życiu ustawić.
Od wczoraj jestem na przymusowo-ochoczo-dobrowolnym wyganiu. Tak. Od wczoraj jestem na wygnaniu, brakowało mi tego. Włóczę sie wpraszając swoje cztery litery razem z Nikusiem. A dzisiaj udało mi się nawet o stajnie zachaczyć. Szkoła nie zając, w poniedziałek będzie stała tam gdzie w czwartek. Nawet jeśli nie, to rozpaczy nie będzie. Obiecuje jak nigdy. Fajnie by było.
Tak sobie siedzę i myślę, zalałam bezbarwną cieczą wypływającą z moich oczu - oczywiście na skutek ich pocenia - cały rękaw przyjaciela i wszytsko co się znajdowało poniżej 5 cm n.p.m., a raczej nad poziomem podłogi pierwszego piętra. Na szczęście pozbywając się wcześniej wszelkich barw ochronnych. Szkoda, przynajmniej bym sprawdziła, czy rzeczywiście wodoodporne, czy te Chinole po prostu nie miały co napisać, za dużo miejsca im zostło i wkleili przymiotnik dzięki któremu swoje tandetne wyroby sprzedają o 50% drożej. Może odpowiadałą im liczba sylab lub "wodoodporny" brzmiało orientalnie. Moment. Wróć. Mój tusz nie jest made in China, prędzej made in hell. Tfu, made in Italy miało być.
Dziś wyjątkowo. Bez opisu co, jak, gdzie i z kim, dlaczego, po co, na co, dlaczemu, z jakiego powodu, z jakimi konsekwencjami i skutkami ubocznymi. Nie, bo byście się za głowę chwycili. No łyso wam pewnie, bo mogę się założyć, że nikt wam nie wyznał miłości w autobusie, a jeśli nawet to wiedzieliście jak owy romeo się nazywa. Ja nie wiem. Może to pomroczność jasna, ale nie przypominam sobie tej twrazy w spisie adoratorów, a z pewnościa wielu ich nie było. Daję głowę, że nikt przed wami się nie turlał w kałuży, nie klękał i na zawołanie nie szczekał, choć jego bezwarunkowym odruchem jest wypowiadanie głosek, a nie upodabnianie się do naszych najlepszych, niemych przyjaciół - psów. Na dodatek, z pewnością nigdy nie mieliście 28 minut na wzięcie prysznica razem z myciem włosów, spakowanie się, wyjście z psem, pozmywanie naczyń (nieźle ON musiał się postarać, chyba pożyczył od sąsiadów, żeby siostra więcej roboty miała) a na koniec przymusowego wypicia jednej trzeciej wina przez NIEGO w ramach odstresowania się. Kurwa. Przecież to wbrew prawu.
Zły dzień. Zdecydowanie. Biorąc pod uwagę zaistniałe komplikacje, nie widzę tego optymistycznie. Pod żadnym kątem. Z żadnej perspektywy. Z lotu ptaka też nie jest kolorowo. Jest ciężko. Zrtesztą widać to po notce - mało wyszukane słowa, choć może adekwatne do panującego uczucia. Zapisać - oprócz poniedziałku i środy, nie lubię też piątku. Czyżby dzisiaj był 13???
Sponsorowane przez karolasowy temat. Nie zmieściło się tam u góry, szarych literek za mało.
Closing your eyes to disappear,
you pray your dreams will leave you here.
But still you wake and know the truth,
No one's there. Say goodnight...
karolas 2007-01-20 02:04:07
skomentuj (3)
pseudo-optymistyczne przemyślenia : pięć. Hope for the best, prepare for the worst
Dzisiaj Yesterday nie obudził nikogo. Była 3.50 gdy obrabiałam ostatnie foty i stwierdziłam, że będę tak wspaniałomyślna i wyłączę mój wspaniały budzik. Tabletki wzięłam i poszłam spać.
Tego jeszcze nie było. Kto normalny wstaje o 5.30 rano, mając do szkoły 10 km? Normalny – nie wiem, ale na pewno Karolas. Biję się sama z sobą, opuszczenie ciepłej sypialni gdy za oknem temperatura arktyczna – 7 stopni – to zamach na własne życie. Wstaję. Łapię pion. Ciężko. Do tego dreszcze na ciele. Próbuję wytężyć mój umysł i przypomnieć sobie to, co ten wapniak mówił na biologii. Tak, to zdecydowanie objaw podwyższonej temperatury mojego wyimaginowanego ciała, co oznacza, że tam w środku wojnę prowadzę z jakimiś niszczycielskimi komórkami, które myślały, że ja mientka chała jestem i im dam żerować na sobie. O nie chłopcy, się mylicie. Biorę wszystkie leki dostępne w domowej apteczce. Po chwili widzę nad sobą ołtarzyk mojej lekarki która powtarza: nie mieszaj TYCH leków (wziętych) z TYMI lekami (którymi biorę co 8 godzin). Hm. Zdecydowanie niefortunny obrót sprawy. Niefart po prostu. Mam trzy wyjścia: pojechać Betką do centrum i rzucić się z Zieleniaka, poczekać na skutki uboczne mieszania lub zwymiotować pochłonięte medykamenty. Wybieram bramkę numer jeden. Tfu, mam lęk wysokości przecież. Dobra, niech będzie dwa. Czekamy. Ubranie, oczy, twarz. Poranny spacer z psem, wejście w gówno, zaatakowanie jakiegoś szczura-yorka na naszej klatce schodowej. W ramach zdrowego odżywania planuję śniadanie. Włączam telewizor i czekam na pomysł. O, wiem. Zbożowe płatki na mleko, zapewniają zdrowe rozpoczęcie dnia. W otchłaniach kuchni znajduje potrzebne półprodukty. Udało się – Houston, osiągnęliśmy śniadaniowy sukces. Zabieram tobołki i idę na codzienną rozgrzewkę w postaci truchtu, a następnie sprintu na wynalazek wszechczasów – autobus – co ma mnie do mojego więzienia dotransportować.
Powtórka z rozrywki – autobusowe orgie. Nie lubię poniedziałków. Tym razem nie słyszę bumbienia, a jakąś Mandarynę czy Banana. Coś w stylu tego różowego wynaturzenia człowieka, co się śmieje hihihihihi. Staram się zagłębić w tajniki kłótni Mickiewiczowego dzieła, ignorując inne dźwięki i molestowanie ze wszystkich stron. Mimo to, umiałam zasnąć. Gdyby nie pan kanar, który z okropnym uśmiechem „bileciki do kontroli” obudził mnie z mojego owocowego snu, na pewno przejechałabym się trochę dalej niż miałam to w planie. Fascynujące. Zapisać. Jak nie możesz zasnąć w nocy, wsiądź w autobus.
Nareszcie Wrzeszcz. Przekraczam bramę do królestwa patologii i zasypiam oparta o automat ze zdrową żywnością, w postaci chipsów i dużych ilości węglowodanów zawartych w batonikach. Wycieram moją całą tapetę i wyglądam jak Indianin przed bitwą. Tu trochę brązu, tam trochę białego. Zielonkawy cień do powiek zamienił się miejscem wraz z truskawkową „Niveą” na usta. Nie lubię poniedziałków.
W-F. Hura. Tak sobie obmyślam strategię szkód dla tego nieszczęśnika, co nam plan zajęć ułożył. Pewnie sam jeszcze nie wyszedł ze swojej domowej sypialni. W szatni jak zawsze rzeź, chociaż tym razem bez rzucania glanami. Pomału zaczynam się rozbudzać, może ten red bull zaczął działać. Mimo to, ledwo przytomna, wygrywam wszystkie mecze w ping-pong’a. Ale siara, 11:0, aż głupio się przyznać. Następnie lekcja o bezpieczeństwie w domowym zaciszu, pod względem elektryczności. Podobno nie można kąpać się w wannie z włączoną suszarką, dłubać palcem w gniazdku i nie grzebać przy przewodach. Ciekawe, ile osób musiało zginąć, że mówią nam to w wieku x lat (pod x wstawić odpowiednią liczbę) i mają nadzieję, że odkryli przed nami Amerykę. Nie lubię fizyki. Kolejna lekcja też nie wygląda zachęcająco, czuję to po kościach, będzie jakaś akcja. Okazało się, że nie można rzucać długopisem do koleżanki, ani kopać się pod ławką, będąc na bieżąco z materiałem lekcyjnym. I że nie można odmówić przesiądnięcia się do osobnej ławki, kiedy pracuje się na wspólnych przyrządach. Podobno kolejna uwaga ma mnie nauczyć szacunku wobec nauczyciela i nie odmawiania wykonywania poleceń. Bzdura. Nie chciałam na religi powtórki z rozrywki. Przypadkowo znalazłam zwolnienie wypisane przez mamę.
Pobyt na mieście wypadł jako tako. Śmiesznie wyglądam latając po drogerii i dopytując się o tusze do rzęs. W ramach obiadu, drożdżówka wołała mnie na dworcu i nie mogłam się oprzeć. Ile to kalorii i jakie to niezdrowe. Ble, nie lubię siebie.
Dom wygląda jak po bitwie, bombardowaniu i jakby cały chlew tu zamieszkał.. Godzina 17.30, jakieś resztki obiadu zalegające na wszystkich możliwych naczyniach i garnkach, pies zawiązał sobie na supełek, chyba ktoś robił maraton w obłoconych butach po domu, a na dodatek ON wpuścił mokrego czworonoga do domu, który obciekał na dywanie, w sypialni rodziców, salonie i kuchni. W przedpokoju karteczka: Młoda, ogarnij. Pięknie. Doprowadzenie mieszkania do stanu używalności zajęło mi dwie (słownie: DWIE) godziny mojego szarego życia. A to dopiero drugie popołudnie, gdy jesteśmy zdani na siebie. Nie lubię poniedziałków.
Wszystko mnie boli. Zaczynając od dołu: coraz wyraźniej odzywa się kontuzja kolana, to COŚ w brzuchu daje o sobie znać, kręgosłup przypomina o sobie, opryszczka na ustach wyłazi, zęby niezdatne do użytku, głowa wręcz gorąca – 38,2 stopnia. Do kompletu zimne ręce. Tak siedzę i sobie powtarzam: ból, zimno i głód są wytworem mojej wyobraźni. Są wytworem mojej wyobraźni. Mojej wyobraźni. Zimno, ból, głód. Wyobraźni. Kurwa, jakiej wyobraźni? Chyba niedługo będę wąchać kwiatki od spodu – trzeba życiu pomóc.
Czasem człowiekowi przydałby się urlop od życia. Mam tyle zajęć, że momentami zapominam, jak się nazywam. I nie mam czasu na chorowanie!
karolas 2007-01-15 23:39:06
skomentuj (2)
pseudo-optymistyczne przemyślenia : cztery. Character is what you are in the dark
Dzień świstaka. 4 rano. Jestem w głębokim szoku, ponieważ spałam już od trzech godzin. Beatlesi zagrali prawie cały Yesterday. Szukam ręką tabletki. Plum. Shit. Wylałam wodę. Leżę i kontempluję, co zrobić. Może dalej iść spać. O w mordę, nie szklanka, a cała zawartość półlitrowej butelki znajduje się na naszym super-hiper-dębowy parkiecie, który nie może być zalewanypłynami wszelakiej konsystencji. Szukam rozwiązania i w podświadomości widzę: w razie potrzeby, zbij szybkę. Nie, nic się nie fajczy, więc zbijać nie będę. Wciąż leżę i myślę. Hmm właściwie to pójdę po jakąś szmatę. Wstaję i próbuję złapać pion. Ała, moja głowa. Plask, plask. No tak, weszłam w resztki mojej własnej kałuży. Za jakie grzechy. Kolejne pytanie za sto punktów – gdzie ta cholerna, różowa szmata? Niczym pies tropiący wchodzę do łazienki. Oczywiście, wzrok kreta i mamy tego efekty: jebudubu bum. Wlazłam w odkurzacz, stawiając po raz kolejny cały dom na nogi. Nawet mój pies zaczepno obronny się przestraszył. Ale połowa misji zakończona sukcesem. Mam szmatę. Idę do pokoju i zapalam światło. Błąd. Poraziło. Gaszę. Schylam się i zaczynam ścierać. Co? Właśnie, bo kałuży już nie ma – wsiąkło. Pięknie. Idę do łóżka. Leżę i wykorzystuję poranną porcję myślenia. Coś mi jednak nie pasuje i zaraz wiem co. Nie wzięłam przecież tabletek (tak, tak, teraz już nie jedna, a cztery). Szukam ich ręką. Co z tego, że są, jeśli nie mam czym popić. Wstaję, ponownie łapię pion i idę na dół do kuchni. Właściwie to ta kanapa w salonie wygląda przekonywująco i mam zamiar na niej spędzić resztę mojego poranka. Po godzinnym namyśle stwierdzam, że to nie dobry pomysł. Dreszcze na ciele są zdecydowanie w tym wypadku objawem zlodowacenia ciała. Wracam do swojego zimnego łóżka i leżę.
Kolejny Yesterday. Mało kto ma tak wspaniałą odwagę wstawać w sobotę o 7.30. Próbuję oswoić się z myślą opuszczenia mojej nocnej przystani – łóżka. Na wszelki wypadek wstaje prawą nogą. Nie żebym była przesądna… Ubranie, oczy, twarz. Dzisiaj biegów nie ma. Wychodzę spokojnie i idę w stronę centrum handlowego. Już czekają na mnie. Pseudomorfoza w ludzkim pojęciu. Wietrzymy zęby. Dojeżdżamy na hipodrom i jak zawsze pełno zamówień. Ale ja już nie chce robić zdjęć. Siedzę cały dzień ze znajomymi na bandzie, wykluczając dwukrotna pielgrzymkę do automatu z kawą i krótkoterminowy pobyt w stajni. Właściwie to się obijam: gadamy, dyndam nogami. Raz o mało co nie spadłam, zachwiania równowagi wpisane w skutki uboczne jednej z tabletek. Czasem się wyłączam i myślę o wszystkim. Próbuję naładować się pozytywną energią. Panowie profesjonaliści i ich tfurczość zdecydowanie powaliła mnie na łopatki i ciężko jest mi się podnieść. Wracam na ziemie i wpycham się na gapę na transport do domu. O jak dobrze.
Teraz siedzę i wszędzie widzę zdjęcia. Ten chce zdjęcia, oni chcą zdjęcia, ja też chcę zdjęcia, czy pamiętasz o moich zdjęciach. Olaboga, otwieram skrzynkę i wszędzie w temacie zdjęcia. Mama z dołu krzyczy: przygotuj dla taty zdjęcia. Odbieram miły telefon, ale rozmawiamy o zdjęciach. Siedzę przy kompie i obrabiam zdjęcia. Tak sobie myślę i wyliczyłam, że za mojego Nikusia i Sigme mogłabym sobie strzelić wymarzoną podróż do USA. A w drodze powrotnej zaczepić się o jakąś dwu miesięczną pracę w Irlandii. Trzeba to rozpatrzyć, póki jeszcze mogę.
Zły dzien. Nawet notki dobrze nie udało mi się napisać. Brakuje jej tego czegoś. Może za mało zdjęć…
karolas 2007-01-13 19:42:13
skomentuj (5)
pseudo-optymistyczne przemyślenia : trzy. Youth is the one thing worth having
No nie. Przegięliście. MOJA KOLEJNA GODZINA ŻYCIA POSZŁA KU CHWALE OJCZYZNY. Nie lubię blogów. A szczególnie, jak się notki kasują. Kurwa.
Dnia świstaka dzisiaj nie było. Moja rakotwórcza zabawka – komórka – umarła z powodu braku jedzenia i Beatlesi o 4 rano nie zadzwonili. Szkoda. Czerpię satysfakcję stawiając cały dom na nogi pięknym „Yesterday’em”. Już przy pierwszym wersie „all my troubles seemed so far away” napływa tyle refleksji, że nie sposób nie pomyśleć o wczorajszym, skopanym dniu. Co ja plotę. Radosnym oczywiście.
Za to kolejny budzik nie zapomniał o swojej jedynej roli. „Ti titititi titi” ma zmotywować o 7 do wstania. Ha, zonk. Mamy Cię. Ja nigdy nie śpię o tej godzinie. Oczy, ubranie, twarz. Zęby. Codzienna dawka biegu w postaci sprintu na autobus zapewniona. Tym razem potrąciłby mnie tylko jeden samochód, więc z pewnością robię postępy. Dzisiaj żadnych autobusowych orgii nie było, podejrzanie pusto. Nawet nie musiałam walczyć o miejsce. Podpucha jakaś czy co?
Nie lubię środy. „Radosna” perspektywa dwóch polskich, historii i niemieckiego jest, od każdej strony, ciut przerażająca. Na dodatek dzisiejszy dzień. Wystawianie ocen. Oczywiście z w-fu zrobiono ze mnie inwalidę, wpisując w rubrykę „ocena” – zwolniona i wiadomo, kochany nauczyciel musiał to przeczytać na forum klasy. Następnie bardzo dobry z polskiego, fizyki i niemieckiego trochę zwalił z nóg. Właściwie mogłabym napisać poradnik „jak przeżyć gimnazjum, pozostawiając pachnące nowością podręczniki z polskiego, historii, chemii, fizyki, matematyki, geografii, biologii i angielskiego, a w stanie bardzo dobrym z niemieckiego”. Bestseller byłby jak nic.
Następnie cmentarz żywych. Próg do gabinetu lekarskiego przekroczony, po dwóch godzinach siedzenia na tyłku. Wokół samie mumie były, rozmawiające o radio Maryja. Czułam się dość nieswojo. Na dodatek samo dojście do progu zwierzeń, było niczym tor przeszkód. Pierw wysłuchanie, że powinnam kulturalnie wpuścić starszą panią w kolejce (chociaż za tą cholerną wizytę zapłaciłam tygodniową pensją polskiego stoczniowca i straciłam cenne dwie godziny czasu), następnie przewróciłabym się o chytrze wysunięte w tym celu kule, które komuś nogi zastępowały, dostałam niechcąco parasolką po głowie, zostałam zjedzona wzrokiem, a na koniec rozwinęła się dyskusja jaka ta młodzież w dzisiejszych czasach jest niewychowana. Odwalcie się. Nie wiecie nic na temat współczesnej młodzieży. I na pewno nie rozróżniacie koksu od kokosu, bo to i to białe. Myśląc, że wchodzę najbardziej negatywnie nastawiona do tego gabinetu, jak to tylko możliwe, myliłam się. Wyszłam jeszcze bardziej wkurwiona. Okazało się to, co zawsze. Nie chodzić, nie biegać, nie jeździć broń Panie Stwórco, najlepiej iść i się zakopać. Palancie jeden, żebyś się nie zdziwił, jak kiedyś wezmę to sobie do serca. Nie lubię lekarzy. Jeszcze bardziej od nauczycieli i tych kretynów, którzy ze wspaniałym dzieciństwem, poszli na 5-cio letnie studia i udają, że znają się na psychice ludzkiej i rozumieją nasze problemy. Psycholodzy bodajże.
W ramach nocnych rozmyślań, doszło do mnie, że od 10 dni jestem starsza o rok. A nic się we mnie nie zmieniło. Twarz mam wciąż tak samo krzywą jak miałam, myśli coraz gorsze. Zamiast normalnieć i wychodzić na ludzi, cofam się w rozwoju. I na dodatek faktem się stało, że nie mogę być już dzieckiem, jak stwierdziła moja ukochana nauczycielka. A wiek młodzieńczy jest fajny. Można ubierać się na czarno, słuchać metalu, chodzić w rozpadających się glanach niezależnie od pory roku, kupować bilet po 2,10, odnajdywać się w rubryce „junior”, codziennie chodzić z kimś innym za rękę i pozwolić, żeby przyjaciel zdejmował Twoje skarpetki zębami. Fajnie jest umieć się cieszyć z drobiazgów. Fajnie mieć zwariowane pomysły. I nie wyniszczać się w tak młodym wieku. Czy ktoś doświadczył tego wspaniałego przeżycia?
Odchodzę. Zobaczymy, czy wrócę. Czy dam radę wpasować się w moją optymistyczną rolę. Póki co, można się dopatrywać notek w innym miejscu. Pamiętajcie o mnie.
karolas 2007-01-10 23:42:27
skomentuj (3)
pseudo-optymistyczne przemyślenia : dwa. Conscience: another man within me who is angry with me
Nie lubię niczego robić dwa razy. Ale coś czuję, że tym razem musze się powtórzyć. Za dużo pytań zadajecie na ten temat.
Do trzech razy sztuka. Za pierwszym razem było pięknie, dużo zdjęć, emocji, zero rozsądku, typowy blog szczęśliwej nastolatki. Trzy lata poszły w las pod wpływem stanu frustracji, jaki udało mi się osiągnąć. Powstał drugi blog, ale było w nim zbyt dużo szczerych przemyśleń, uczuć i własnych myśli. Opisywanie tego pod znajomą ksywą, było niczym uprawianie sportów ektremalnych. Licząc każdy dzień sprawdzałam, czy aby na pewno niepożądany obiekt mojej znajomości tam nie wszedł. Kolega, przyjaciel, ktoś szkolny, ktoś koński. O nie. Niebezpiecznie. Jeb. Koniec. Miało być optymistycznie. I oto właśnie, szanowni czytelnicy, wspaniała redakcja pod moja opieką stwarza niezwykle-optymistycznego-bloga-pod-nickiem-wszytskim-znanym.
Poranek. A raczej ostatnia faza nocy. 4 rano cholerny budzik wyrywa mnie z półsnu. Tabletka. No tak. I tak sobie potem leżę, bo kto normalny zaśnie obudzony nocą. Liczenie baranów, wymyślne obliczenia rozmiarów parkietu, typowe zachowania dla nerwicy natręctw. I tak sobię leżę, myślę. Znów ten budzik. 6 rano. Przecież to morderstwo w biały dzień, to jeszcze gorsze od zobaczenia polonistki w weekend, a wydawałoby się, że to szczyt szczytów, Mount Everest w warunkach polskich. Tapeta, oczy. Mycie zębów pod przykrywką "tak, mamo, zjadlam sniadanie". I poranny sprint. Rozwiązane glany trzymane w biegu zębami, jak zwykle miły pan kierowca poczekał na mnie, a ja głupia ryzykowałam podwójne utracenie życia. Przebieganie dwupasmowej drogi w stronę centrum o porach, w których normalny człowiek nie funkcjonuje, a tylko dziobaki i roboty jadą do lacówek szkolnych i miejsc pracy, to wbrew pozorm dość niebezpieczne zadanie. Zapisać na ręku i zapamiętać: w razie chęci popełnienia samobójstwa biec na autobus.
Siedzę w tym zatłoczonym środku komunikacji, mając w uszach maksymalną ilość decybeli ostrego metala i słyszę: bum, bum, bum, bum, bum, bum. Cykliczne, rytmiczne, wciąż to samo. Irytujące. Bum, bum, bum. To przcież nie moje serce. Bum. A może puls zły. Bum, bum, bum. Nie, w normie. Bum, bum, bum, bum. Rzucam się na nieprzepisową czynność: zdejmuję słuchawki. I wtedy słyszę jeszcze głośniej i wyraźniej. Bum, bum, bum. Kurwa. To ten dres czy skate, właściwie to ta sama parafia, słucha swojej kretyńskiej muzyki. Za jakie grzechy całe zgromadzenie ludu musi to słyszeć. O koleś, przegiołeś. I podkręcam wtedy swoją muzę jeszcze głośniej, zdecydowanie głośniej niż jego bum-bum. Po chwili żałuję, bo choć nie słyszę bumbienia, to właściwie nic nie słyszę. Pięknie. Czuję jakieś molestowanie mojego rękawa, na dodatek jakiś palant od dwudziestu minut przykleił się dupą do mojego ramienia. Co to ma być, jakaś orgia autobusowa? To starsza pani, bezzębna, próbuje coś do mnie wydukać. Co - nie wiem, nie usłyszałam. Może chciała powiedzieć, że za głośno muzyka, albo wdać się w interesującą ateistyczno-jehowsko-katolicką dyskusję: czy wiesz, co będzie jutro? Dzięki Ci moja Betko, nareszcie przystanek. Wyrywam się ze szponów kobiety i sprintu ciąg dalszy. Zdążyłam. Co z tego, jeśli nie weszłam. Za dużo orangutanów w środku siedziało. Następny autobus dowozi mnie do mojego więzienia.
Pięknie. W-F o 8 rano to szczyt marzeń, a tymbardziej rola osoby prowadzącej rozgrzewke. Super. Czasem mam na końcu mojego zeszmatwiałego języka wydobyć, że mam zwolnienie całoroczne i nie muszę nic robić. Inwalida. O nie, ale ja Ci pokażę. Że będę robić te niezdrowe brzuszki lepiej od innych barbie. Nie uniżę się przed Tobą i nie pokażę tego świstku papiera, który ma ratować mój zobolały kręgosłup. Zła od samego początku, idę na iście-nie-humanistyczny przedmiot. Fizyka. I to sprawdzian. O, jak fajnie. Brakowało mi tego od zeszłego miesiąca. Jak zwykle skopany, zerżnięte wszystko od wszytskich naokoło, wzory wziętę ze ściągi, zadania tekstowe wysłane sms-em, a kalkulator w niedozwolonym narzędziu - komórce- też sie przydał. Cudem na matematyce tracę łączność ze światem. Przynajmniej kolejna uwaga nie wleci. Chociaż efektu nie udaje się utrzymać na religie. Jaka ja jestem złosliwa i wredna, o matko, boję się siebie. Doprowadzić diakonka do takiego stanu to nie byle co. Nie widziałam, że nie można rzucać się papierkami, zaczepiając o postać nauczyciela. Podobno kolejna uwaga ma mnie tego nauczyć. Zostaję po lekcji i mu tłumaczę, że nie zmotywuje mnie do lepszego zachowania tymi śmiesznymi zdaniami w języku, które niby mają mnie napełnić grzecznością i uległością. O nie koleś, na kimś muszę się odstresować. Ale nie bój żaby, od przyszłego semestru (czyt. od środy) nie uczęszczam na religie. Będę musiała znaleźć inną osobę do torturowania.
Jeszcze parę przeboji i podróż w stronę Sopotu. Jak ja nie lubię miasta. Kup na trawniku i spalin samochodów. Kanarów co się fałszywie szczerzą. Tłumów na przystanku. Walki o życie w miejscach publicznych. I ludzi w tramwajach, którzy pierw wsiadają, a potem dają innym wysiąść, choć nie zawsze. No ja pierdole, dwa perseny i dwa nerwosole to zdecydowanie za mało.
Sopot. Konkretnie hipodrom. Niezdrowo pokazywać się na hali. Znów parę zamówień. Pożądam pana z plusa, z podwajaczem czasu.
Potem przyjaciele. Miło spędzony czas. Chociaż rozterki łażące jak cień, jesli nie gorzej. A do tego, czemu ja jestem taka natrętna? Wrrr nie lubię siebie.
Co jest rozumne, jest rzeczywiste; a co jest rzeczywiste, jest rozumne.
karolas 2007-01-08 20:51:42
skomentuj (9)
pseudo-optymistyczne przemyślenia : raz. A fool must now and then be right by chance
Ja wiedziałam, że wystawiacie mnie na próbę. Ale tak od razu? KTO ZJADŁ MOJĄ NOTKĘ?! Wrrr nie lubię tej wirtualnej rzeczywisto-nierzeczywistości. Pieprzone połtorej godziny mojego od-dziś-fałszywo-optymistycznego-życia poszłoooo. Ktoś złapał? Długa, niezgrabna, około 10 kilo. Znalazcę proszę o kontakt.
Otóż to. Nigdy nie wiem jak zacząć, jak się do tego zabrać. Nawet pierwszej optymistycznej notki nie umiem zacząć w radosnym akcencie. Stado mamutów próbuje przekręcić zerdzewiałą krobkę w moim mózgu, która za myślenie odpowiada. Pozytywnie. Haha. Haloo, pomyłka. Albo znów lubie blogi. Oszukując was do krańców możliwości. Mogę się śmiać do woli, nie pokazując swoich krzywych zębów ha ha ha. Mogę kłamać jak z nut, nie pokazując tego po swoim tajnym języku ciała. Nie porażę Cię moimi brakami językowymi i na pewno nie urażę, bo zanim wyślę, to wyedytuje. Mogę mówić wszelkie końcówKI nie narażając odbiorcy na bliskie spotkanie trzeciego stopnia z moją śliną. Oh, jak ja lubię jednak ten internet. Mój własny skrawek świata. Tworząc kolejne, wyimaginowane ja. Świat jest teatrem, aktorami ludzie. Jak kameleony dopsowujemy się do roli. Choć nie zawsze. Dzisiejsza matematyka i religia to świetny przykład na to, jak łatwo grając siebie można wyprowadzić człowieka z równowagi do tego stopnia, żeby wyszedł z siebie i stanął obok. Na to wygląda, że nie można pisać numerów telefonu na ręce kolegi, ani grzecznie odmówić propozycji przejęcia miejsca w pierwszej ławce. I vice versa (piszac fonetycznie). 6 minut rozmowy z przyjacielem pod pretekstem wyjścia do kibla ratuje sytuację. Pewnego przyjaciela poznaje się w niepewnej sytuacji. Niech tak zostanie. Czym dla ptaka są skrzydła, tym dla człowieka przyjaźń: wznosi go ponad proch ziemi. Dosłownie. Ponad proch ziemi. Zobaczymy tylko, czy dam radę udźwignąć szkrzydła i nie pikuję gdzieś na początku mojego lotu. Tfu, miało być optymistycznie. Zaraz sama się wkopię. Bo nawet kamień z ręki przyjaciela jest jabłkiem. To tak piękny temat, że trzeba będzie poświęcić trochę czasu innym razem. Fascynujące.
Tymczasem manatki na aikido spakowane, "radosna" perspektywa wstania w weekend o 6 rano jest, jakby nie patrząc, nawet od optymistycznej strony, trochę przytłaczająca. I cały dzień na nogach, dwa giga zdjęć i jeszcze więcej obrabiania, wpasowywania ich do fałszywej roli idelanych. Jak kiedyś uda mi się zrobić dobre zdjęcie, to się pochwalę. Póki co morze odpadów.
I drogi Konfucjuszu, gafę popełniłeś. "Milczenie - przyjaciel, który nigdy nie zdradza" to największa bzdura.
A person may cause evil not only by his action, but also by his inaction. I will be better. I hope, I will be better.
karolas 2007-01-05 22:24:05
skomentuj (3)
|
|
Archiwum
2009 luty 2008 listopad 2007 maj kwiecień marzec luty styczeń
| |